BIP
Zasłużeni dla SMMK
Zasłużeni
dla SMMK
Numer alarmowy dla osób niesłyszących
SMS dla niesłyszących

Oświadczenie Komendanta w związku z publikacją Gazety Krakowskiej Drukuj Email
Środa, 11 Stycznia 2012


news_2012-01-11b

Chodzi o prawo, porządek, pieniądze czy może o coś zupełnie innego?

 

Coraz częściej w moim radiu, w mojej telewizji, na ekranie mojego komputera, czy w mojej papierowej gazecie widzę jak ktoś usiłuje zrobić ze mnie idiotę. Idiotę, który nie umie czytać, logicznie myśleć i wyciągać wniosków na temat otaczającego świata… .

 

Pan Przemysław Osuchowski raczy wybaczyć mi tę drobną parafrazę pierwszego akapitu jego tekstu pt. „Chodzi o prawo, porządek czy o pieniądze”, z Gazety Krakowskiej, wydanie z dnia 10 stycznia 2012 roku.

 

Nie lubię jak się ze mnie robi idiotę, dlatego pozwolę sobie przedstawić głos odrębny do tekstu wspomnianego publicysty.

Poużalałbym się nad kondycją zawodową dziennikarza gdyby miało to jakiś sens, niestety w dobie postępującej tabloidyzacji mediów, to jak głos wołającego na puszczy.

 

Mimo wszystko,  kiedy już decyduję się wydać ciężko zarobione pieniądze na gazetę, to chciałbym, by to co czytam było napisane sprawnie, rzetelnie i przede wszystkim zgodnie z prawdą.

 

 

„Chodzi o prawo, porządek czy o pieniądze?” jest napisane sprawnie, to fakt, ale rzetelność i zgodność z prawdą to dla autora pojęcia najwyraźniej obce.

Przemysław Osuchowski miesza fakty i mity, usiłuje kreować rzeczywistość używając półprawd, przeinaczeń i zwyczajnych łgarstw. Pewnie dlatego, że tak łatwiej, ciekawiej, a i czytelników chętnych do czytania o tych wstrętnych strażnikach przybędzie.

 

Kiedy pisze się o prawie, warto, trzeba, należy unikać języka potocznego. Zapomina o tym autor „chodzi o prawo … ”. Już przed trzema dekadami, w związku z upadkiem autorytetu (o ile w ogóle taki był) dzielnicowego, zaczęto tworzyć instytucje, które dziś znamy pod wspólną nazwą Straży Miejskiej. Olaboga , wrzasnęłaby ”babcia od pietruszki”, gdyby tylko to czytała.

 

Ja tylko pytam, od kiedy to 1990 rok – data uchwalenia przez Sejm RP ustawy o Policji był przed „trzema dekadami?”  Jeżeli za punkt odniesienia przyjmiemy bieżący 2012 rok to, jakby nie liczyć, minęły 22 lata od roku kiedy prawnie zaistniała możliwość tworzenia przez samorządy – straży gminnych. 22 lata to, z górą dwie dekady i żadna „licentia poetica” nie uprawnia Przemysława Osuchowskiego do relatywistycznego traktowania minionego czasu. To co robi, to po prostu dziennikarska nierzetelność, powiedziałbym – łże publicystyka.

 

Dalej, jest równie „zabawnie”, bo pan Osuchowski odkrywa kulisy komuny, nie wiedzieć czemu wiążąc rzekome hołubienie swobód obywatelskich przez rzeczoną komunę, z równie rzekomym komuszym rodowodem straży miejskiej. Łgarstwo goni łgarstwo, okraszone szpetnym podejrzeniem, że strażnicy balansują na granicy prawa (w domyśle – łamią prawo) .

 

Rozważania o tym kto, kiedy i dlaczego zabiegał o zwiększanie uprawnień strażników, to temat nie na odrębny felieton, a na całkiem sporą książkę, a wypowiedź (…) ustawodawca (rzekomo na wniosek samorządów) ciągle uprawnienia municypalnych policjantów poszerza (…) można by włożyć między bajki z mchu i paproci, gdyby nie była kolejnym łgarstwem.

 

Kiedy trzymam w ręku gazetę o opiniotwórczych ambicjach jestem zakłopotany, by nie powiedzieć zasmucony.

Kogo, przed „złymi strażnikami”, broni Przemysław Osuchowski? Zwykłych, praworządnych mieszkańców  Krakowa? Nic podobnego, Przemysławowi Osuchowskiemu otwiera się nóż w kieszeni, kiedy widzi jak strażnicy egzekwują obowiązujące prawo, czyli jakby nie patrzeć, robią to, za co podatnicy im płacą.

 

W końcu wychodzi szydło z worka. Przemysław Osuchowski zaparkował swój samochód w sposób niezgodny z prawem. Poniósł konsekwencje swojego zachowania, a teraz wykorzystując media, robi to co robi, wspierając podobnych sobie ludzi, dla których prawo jest prawem tylko wtedy, kiedy to jest wygodne dla nich.

 

Jak nazwać takie zachowanie?

Oj, znalazłoby się sporo określeń. Ważniejsze jednak wydaje się pochylenie się nad kondycją niektórych osób zajmujących się zawodowo dziennikarstwem. Osób, które posuwają się do łgarstw, by usprawiedliwić własne, niewłaściwe zachowanie.

 

Byłoby dziwne, gdyby nie było oczywiste, dlaczego Przemysław Osuchowski, pisząc swój tekst, nie zauważa tego co robią strażnicy miejscy w Krakowie. Prawdziwy obraz nie pasowałby do jego tezy o „złych strażnikach, komandosach”, czepiających się biednych kierowców, którzy za nic mają obowiązujący kodeks ruchu drogowego.

 

Ale to tylko część prawdy, bo autor „chodzi o prawo…”, świadomie bądź nieświadomie (nie wiem co gorsze) dzieli obowiązujące prawo na to ważniejsze (zakaz żebrania) i to mało istotne (wszystkie zakazy wynikające z prawa o ruchu drogowym). Do czego taki dualizm prowadzi, aż strach myśleć.

 

Ciekawe, że pisząc o żebraniu jakby nie zauważa absurdalnych przepisów obowiązujących w naszym kraju w tym zakresie. No, ale to wymagałoby nieco wysiłku, trzeba by poczytać, pomyśleć, wyciągnąć wnioski, może popytać tu i tam. Łatwiej, bazując na kłamstwach i przeinaczeniach załatwiać swoje interesy kreując mit o „złych strażnikach”, w domyśle - „dobrych policjantach” i budować w czytelnikach przekonanie o tym, że łamanie prawa w drobnych sprawach jest uzasadnione, dobre, właściwe.

 

Gratuluję dobrego samopoczucia, panie publicysto, Przemysławie Osuchowski.



Janusz Wiaterek

Komendant Straży Miejskiej Miasta Krakowa

 

 


 

 

Gazeta Krakowska, 10 stycznia 2012 r.

Chodzi o prawo, porządek czy o pieniądze?

Coraz częściej na mojej ulicy, na moim osiedlu, w moim mieście i niestety moim kraju mam wrażenie, że ktoś mnie robi w balona i traktuje jak dojną krowę. Czy tak być powinno? Nie! Czy tak musi być? Po dwakroć nie!


Wszyscy chcemy prawa i sprawiedliwości (z małych liter!), ale doczekać się nie możemy. Służby państwowe i samorządowe zamiast nam służyć, są coraz częściej po prostu aparatem represyjnym. Zamiast nam pomagać i nas chronić, traktują nas jak potencjalnych przestępców. Obywatela karać jest łatwo, więc poddaje się go prostym szykanom, zamiast ścigać winnych poważniejszych przestępstw. Bo tak łatwiej!


Już przed trzema dekadami w związku z upadkiem autorytetu (o ile taki w ogóle był) dzielnicowego, zaczęto tworzyć instytucje, które dzisiaj znamy pod wspólną nazwą Straży Miejskiej. W zamyśle ustawodawcy i wzorem krajów szczęśliwiej i mądrzej rozwiniętych, postanowiono, iż aby policja (wcześniej milicja) mogła skupić się na przestępczości zwalczaniu, drobne wykroczenia może eliminować służba „mniejsza”.


Chodziło – w wielkim uproszczeniu – o to, by policjant nie musiał pilnować czystości podwórek, zamiatania chodników i... za przeproszeniem... srających tu i ówdzie psów. Strażnik miejski (zwany w średniowieczu „miejskim drabem”) nie musiał mieć inteligencji porucznika Colombo, kompetencji Brudnego Harry`ego, ani wyglądu Rambo. W swych początkach nie mógł prawie nic, nawet legitymować, co za komuny było wręcz wzorem hołubienia swobód obywatelskich. Jednak rok po roku, krok po kroku kompetencje Straży zwiększano. Już nawet wyglądem strażnicy przypominają komandosów. I gdy taki chce staruszce pomóc przejść przez ulicę, biedaczka nie śpi potem z przerażenia przez tydzień.


Ustawodawca (rzekomo na wniosek samorządów) ciągle uprawnienia municypalnych policjantów poszerza, a gdy nawet tego nie czyni, strażnicy i tak balansują na granicy prawa. Robią mianowicie „wynik”, ścigając niesfornych kierowców. Dużo to łatwiejsze niż wyeliminowanie ulicznego żebractwa, prawda?

 

Gdy widzę strażników zaczajonych pod Barbakanem i wyłapujących kierowców, szlag mnie trafia! Gdy widzę, z jaką nonszalancją wrzucają na lawety źle zaparkowane samochody, nóż mi się w kieszeni otwiera (np. na Rynku Dębnickim wieczór w wieczór). Gdy patrzę na placu Nowym, jak czekają na taksówkarzy, którzy na zakazie zatrzymywania wysadzają pasażerów, mam ochotę... na chwileczkę zapomnienia.


W przypadku ściągnięcia auta lawetą w dodatku karę się mnoży. Kierowca (właśnie jako taki oberwałem) płaci mandat. Nie powiem, skromny jak w sytuacji założonej blokady, sto złotych. Ale karą dodatkową jest 370 (trzysta siedemdziesiąt!!!) złotych za holowanie i parking. To najdroższe holowanie i parkowanie w mieście! I pieniędzy tych w sporej części wcale nie dostaje parking ani firma holująca. Forsę zgarnia... Urząd Miasta.
Jakim prawem?! Czy przypadkiem nie tu jest pies pogrzebany?!


Otóż mandat wymierzany przez policję skutkuje wpłatą na rzecz Urzędu Wojewódzkiego. Stamtąd pieniądze płyną do Urzędu Skarbowego, czyli budżetu państwa. Swoją drogą, po co ten „wojewódzki” pośrednik? Tymczasem kwoty wymierzane mandatami przez Straż Miejską idą wprost do kasy Urzędu Miasta!

 

W ten sposób służba miejska zamiast nam pomagać, ściąga haracz. Niczym w krajach dalekich od demokracji. A my – jak barany – się temu poddajemy...

Przemysław Osuchowski

 
Wszystkie prawa zastrzeżone © 2012 Straż Miejska Miasta Krakowa